barometr cen |Części używane |Wyroby z mosiądzu
„iiiHmUliii
mojego nazwiska...), rano 16 października wołgą na Okęcie, przez ciemne, ale już zbudzone miasto, występujące z brudnych mroków nieba, w pospiesznym, półsennym milczeniu wypełniające się ludźmi. I oto teraz, oddzielony od tego abstrakcją lotu, trzema godzinami czystej przestrzeni, raptem w Belgradzie, jakby wystrzelony z łuku, którego cięciwą jest Krakowskie Przedmieście, trafiam w hotel „Metropol". I wysiadając z taksówki — już nie z wołgi z fiata! — lekko drżę. Rozumie Pani jak strzała pośrodku tarczy.
— w hallu grupka Murzynów z walizkami i kobieta w lamparcim płaszczu wychodząca z windy. Teresa tutaj, w Belgradzie Dopiero w następnej sekundzie pojąłem, przypomniałem sobie, że Teresa nie żyje od pięciu lat, umarła zdaje się w 59. Pierwszym refleksem było jednak zdziwienie, że spotykam ją w Belgradzie, a nie, że zmartwychwstała. I tę omyłkę potraktowałem lekko, spokojnie mam krótki wzrok, to nie jest Teresa, Teresa nigdy nie miała takich czarnych włosów. I dalej wypisuję moje personalia na kartce, którą mi wręczył portier. Więc co to było co się dzieje Pamiętam jej pogrzeb, składałem kondolencje... Ale przecież wiem, znam istotę tego przywidzenia, czuję jego wzrastające możliwości, od pewnego czasu przestałem dzielić ludzi na żywych i zmarłych — ich pierwszą cechą nie jest już dla mnie to, że żyją, lecz to, że żyją we mnie. Trwają jedni i drudzy w tej kameralnej wieczności, którą im otworzyłem jak konto i gdzie fizyczne zniknięcie nie ma większego znaczenia. Nie jestem już taki uważny na śmierć. I podejrzewam, że od nieokreślonego momentu czy wieku zaczyna się mniej rozróżniać byt od niebytu, nabierać większej tolerancji dla tego, co nie jest już życiem. Rzecz dająca sporo do myślenia żyjemy wtedy bardziej czy mniej Upłynniają się jakieś granice, cudza śmierć traci dawną siłę ciosu, przestaje być czymś zasadniczo innym od czyjegoś wyjazdu lub nieobecności, a fakt, że można spotkać w hotelu kogoś, kto nie żyje od pięciu lat, nie musi się łączyć z niesamowitym dreszczem. Więc bardziej czy mniej W tym nowym pasie doświadczeń różnica między żyje a umarł, między jest a nie ma, trochę się zamazuje, gubi swoją młodzieńczą ostrość. Nie przestraszyłem się Teresy wychodzącej z windy, bo jej śmierć była już dla mnie niezbyt obowiązująca, jej nierealność nie tak bardzo uznana, a ja sam nie tak już strasznie żywy jak dawniej. Aha, więc jednak, stopniowo, powoli — więc jednak zamieniamy się w duchy i obcujemy z duchami I jest w tym jakieś pokrzepienie W tym oddzielaniu się od własnej skóry, w tym wypełzaniu z muszli —“(9)
poezja po angielsku |
„iiiHmUliii
mojego nazwiska...), rano 16 października wołgą na Okęcie, przez ciemne, ale już zbudzone miasto, występujące z brudnych mroków nieba, w pospiesznym, półsennym milczeniu wypełniające się ludźmi. I oto teraz, oddzielony od tego abstrakcją lotu, trzema godzinami czystej przestrzeni, raptem w Belgradzie, jakby wystrzelony z łuku, którego cięciwą jest Krakowskie Przedmieście, trafiam w hotel „Metropol". I wysiadając z taksówki — już nie z wołgi z fiata! — lekko drżę. Rozumie Pani jak strzała pośrodku tarczy.
— w hallu grupka Murzynów z walizkami i kobieta w lamparcim płaszczu wychodząca z windy. Teresa tutaj, w Belgradzie Dopiero w następnej sekundzie pojąłem, przypomniałem sobie, że Teresa nie żyje od pięciu lat, umarła zdaje się w 59. Pierwszym refleksem było jednak zdziwienie, że spotykam ją w Belgradzie, a nie, że zmartwychwstała. I tę omyłkę potraktowałem lekko, spokojnie mam krótki wzrok, to nie jest Teresa, Teresa nigdy nie miała takich czarnych włosów. I dalej wypisuję moje personalia na kartce, którą mi wręczył portier. Więc co to było co się dzieje Pamiętam jej pogrzeb, składałem kondolencje... Ale przecież wiem, znam istotę tego przywidzenia, czuję jego wzrastające możliwości, od pewnego czasu przestałem dzielić ludzi na żywych i zmarłych — ich pierwszą cechą nie jest już dla mnie to, że żyją, lecz to, że żyją we mnie. Trwają jedni i drudzy w tej kameralnej wieczności, którą im otworzyłem jak konto i gdzie fizyczne zniknięcie nie ma większego znaczenia. Nie jestem już taki uważny na śmierć. I podejrzewam, że od nieokreślonego momentu czy wieku zaczyna się mniej rozróżniać byt od niebytu, nabierać większej tolerancji dla tego, co nie jest już życiem. Rzecz dająca sporo do myślenia żyjemy wtedy bardziej czy mniej Upłynniają się jakieś granice, cudza śmierć traci dawną siłę ciosu, przestaje być czymś zasadniczo innym od czyjegoś wyjazdu lub nieobecności, a fakt, że można spotkać w hotelu kogoś, kto nie żyje od pięciu lat, nie musi się łączyć z niesamowitym dreszczem. Więc bardziej czy mniej W tym nowym pasie doświadczeń różnica między żyje a umarł, między jest a nie ma, trochę się zamazuje, gubi swoją młodzieńczą ostrość. Nie przestraszyłem się Teresy wychodzącej z windy, bo jej śmierć była już dla mnie niezbyt obowiązująca, jej nierealność nie tak bardzo uznana, a ja sam nie tak już strasznie żywy jak dawniej. Aha, więc jednak, stopniowo, powoli — więc jednak zamieniamy się w duchy i obcujemy z duchami I jest w tym jakieś pokrzepienie W tym oddzielaniu się od własnej skóry, w tym wypełzaniu z muszli —“(9)
poezja po angielsku |